Najpierw z ciemności wyszedł murzyn w białym kapeluszu z ogromnym rondem. Coś z nim było nie tak. Wymachując rękami i mówiąc do siebie, przemknął pomiędy rowerami i nawet nie był zbyt nachalny przy zaczepianiu nas o drobne. Po chwili rozpłynął się z drugiej strony parkingu.
- Widzi Pan? Wszędzie ci marokańcy. Samemu to by był tu strach. Ale jechać taksówką też niedobrze, bo tam też są i zaraz naciągną – powiedziała pani Krystyna, towarzyszka mojej 16-godzinnej podróży. Później przekonałem się, że wszyscy kolorowi – od Turków po Senegalczyków – według niej pochodzą z Maroka. “Marokańczyk” był dla niej synonimem bezdomnego, ćpuna czy złodzieja – wszystkiego, co najgorsze i co czycha na ciebie po nocy w podejrzanych miejscach.
Wszystkie lotniska i dworce świata są takie same. Wszystkie są tak samo nieprzyjemne w nocy, czasie “tzw. przerwy technicznej”, terminie wymyślonym po to, by bardziej oględnie powiedzieć “lumpy, won z poczekalni”. Nieprzyjemne są po obu stronach zamkniętych drzwi. Jeśli należysz do klasy uprzywilejowanej, co udowadniasz, okazując ważny bilet, i warunkowo wpuszczono cię do środka, żeby doczekać do odpowiedniej godziny. To uczucie przebywania do martwej przestrzeni poza czasem – założę się, że Stephen King wymyślił “Langoriery” na jakimś lotnisku między 3 a 4 w nocy. Zupełna pustka i cisza przerywana od czasu do czasu odgłosem przejeżdżającej maszyny do mycia podłogi. Zupełny brak wrażenia realności. Z kolei po drugiej stronie szyby z napisem “przerwa techniczna” rzeczywistość tak dojmująca jak uderzenie w pysk. Ciemność, wilgotny chłód i “marokańce”. Wszystko to, czego “porządny obywatel” stara się nie zauważać w czasie traktowanych jako zło koniecznie momentów przejścia z parkingu do centrum handlowego czy restauracji.
Na szczęście Central Station w Utrechcie nie była zamykana na noc w całości. Po wyjściu o 5 rano z autobusu mogliśmy wejść do środka i przeczekać do przyzwoitej godziny na ławkach zaprojektowanych w ten sposób, że nie da się na nich spać, a nawet jeśli ktoś znajdzie sposób, to zawsze wychwyci go czujna kamera ochrony. Siedzieliśmy więc na dworcu a pani Krystyna wzdrygała się za każdym razem, kiedy przechodził jakiś bezdomny i bała się sama przejść do taksówki. Z początku wykazałem się odruchem normalnym i poprawnym – w wyniosłej aseptyczności swojej osoby udawałem, że wszyscy dookoła noszą czapki niewidki. Później, uświadomiwszy sobie niestosowność tej reakcji, zacząłem drwić w duchu z liberalnego arystokratyzmu pani Krystyny. Swoją drogą Krystyna – jako była sprzątaczka w holenderskiej restauracji – w oczach Holendrów niewiele różniła się od otaczających nas kolorowych. – No tak. Mamy tu jak w pigułce stosunek klas uprzywlejowanych do pokrzywdzonych przez system – myślałem – Oni chcieliby, żeby z naszej egzystencji zniknęły ostatnie okruchy rzeczywistości a wszystko pogrążyło się w lekkostrawnym konsumpcjonizmie. Ale zaraz potem uświadomiwszy sobie tanią lewackość mojej postawy przestałem mysleć w ogóle (demaskowanie fałszywej świadomości jest dużo łatwiejsze u innych niż u siebie). Gdybym był Zygmuntem Baumanem mógłbym rozwinąć ten temat w kolejny bestsellerowy traktat o “zmiecionych przez tryby nowoczesności” , “zawalidrogach modernizacji” czy globalizacji, która jest jak “okręg, którego promień jest wszędzie, a środek – nigdzie”. Ale nim nie jestem, więc będzie mniej efektownie.
O dworcach i lotniskach modnie jest dzisiaj mówić jako o “nie-miejscach”, “non lieux” (trudne słowo), owych cudownych przestrzeniach, które schematyzują doświadczenie skoku, który – jak pisał Proust – “wydaje się cudowny nie tyle przez to, że przebywa odlegość, ile przez to, że łączy dwie różne indywidualności ziemi”. Szczerze mowiąc, ja nie czułem żadnej indywidualności miejsc podczas tej podróży. Wsiadłem w Łodzi, wysiadłem w Utrechcie przez 16 godzin mijając to samo miejsce, które różniło się od poprzedniego jedynie zaawansowaniem technologicznym spłuczek w toalecie. Przestrzeń się skończyła. Nie istnieje, jeśli nieustannie, w każdym kraju, mija się te same same stacje benzynowe, salony samochodowe i makdonaldy. (Czy to znaczy, że nastąpił też koniec historii? Mimo wszystkich argumentów, z punktu takiego doświadczenia – to niezaprzeczalna prawda). Równie dobrze mogłem być gdzie indziej. O tym, że to Holandia świadczyli tylko ludzie co jakiś czas przemykający na rowerach.
Będąc na zewnątrz układu – siedząc przez długi czas na dworcu, a więc w miejscu w miejscu, które z natury jest środkiem a nie celem samym w sobie, gdzie powinno się pędzić zawsze d o k ą d ś, zauważa się nieco ukrytych mechanizmów leżących pod pancerzem tej dobrze naoliwionej maszyny, jaką jest liberalne społeczeństwo.
ok. 6:00 bezdomni ustępują miejsca wózkom doważącym poranną dostawę do sklepów i kierowcom miejskich autobusów.
6:30 pojawiają robotnicy, z teromosami i w ciężkich butach (trzeba zacząć wcześnie, żeby skończyć remont zanim właściciele wrócą z pracy – przećwiczyłem ten mechanizm dokładnie pracując w Szkocji).
o 7 :00, kiedy wszystko jest już przygotowane, mleko w lodówkach a bułki upieczone można zaczynać show. Funkcję kurtyny pełni olbrzymi ekran lcd wyświetlający reklamy. Jego zapalenie sygnalizuje, że wkrótce nadejdą ci, dla których to wszystko się odbywa. Szybko robi się coraz tłoczniej, aż do późnego wieczora płynąć będzie nieprzerwany strumień ludzi, którego prędkość regulują zbliżające się godzinych odjazdów kolejnych pociągów.
Racjonalny porządek sytuacji ulega zachwianiu tylko na chwilę. Spikerka, najpewniej rozawiona przez jakiego dowcipnego kolegę, z trudem utrzymuje powagę narażając na szwank “Holenderskie Koleje Nie-wiem-czy-państwowe”. Wywołuje to nieznaczny uśmiech na twarzy nielicznych przechodniów, którzy to zauważyli pogrążeni w myślach o czekającym ich dziś kolejnym etapie Projektu, nad którym akurat pracuje ich firma. Jednocześnie na telebimie, pomiędzy informacją pożarach w Grecji a planami FC Utrecht, pojawia się informacja, że prezydent Kaczyński trafił do szpitala z poważną infekcją wirusową. Absurd, leżący i tak niezbyt głęboko pod powierzchnią zjawisk, na krótką chwilę zamigotał w pęknięciu w rzeczywistości.
Dochodzi 8:00. Można wstać i wmieszać się w tłum – wkrótce otworzą biuro kwater studenckich. Czas zacząć grać rolę studenta Europy, który przyjechał tu w ramach realizowania przez Unię dyrektywy o tworzeniu “społeczeństwa i gospodarki opartych na wiedzy”. Z tym, że jestem w tym świecie – jak sobie tłumaczę – podwójnym agentem.
.
.
.
.
.
.
.
