wrzesień 12, 2007...11:26 pm

Uitfest – kulturalna niedziela

Przejdź do Komentarzy

Nagle zrobiło się tak ciasno, że nie było gdzie przypiąć roweru – Utrecht wrzucił kulturalny piąty bieg. Całe miasto zamieniło się w wielką imprezę. Ludzie wyszli na ulice, żeby malować, grać, tańczyć, śpiewać czy po prostu oglądać jak inni to robią. Niektórzy urządzili na swoich łódkach przyjęcia dla przyjaciół i pływali po kanałach zatrzymując się przy rozstawionych przy każdym moście artystach.

Rano obudziła mnie gra orkiestry jazzowej, która rozstawiła się pod moim oknem. (część naszego akademika zajmuje prężne centrum kultury). Rozpoczął się Uitfeest, kulturalna niedziela (Culturele Zondag) – impreza organizowana cyklicznie przez miasto dla swoich mieszkańców już od 10 lat. W taką niedzielę śródmieście zamykane jest dla ruchu a magistrat funduje darmowe przejazdy komunikacją publiczną. Na jeden dzień w centrum uwagi sklepy ustępują miejsca galeriom, muzeom i teatrom. Na tę odsłonę imprezy złożyła się niezliczona ilość imprez w 112 punktach miasta. Wszystkie z darmowym wstępem. Całe to gigantyczne przedsięwzięcie odbyło się bez zbędnę pompy i rozgłosu. Nawet bez anglojęzycznych ulotek. Ta impreza to zupełne przeciwieństwo – niestety – naszego Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, którego wytężone napięcie organizacyjno-promocyjne niemal skończyło się przepukliną a efekt i tak był mizerny. W Łodzi jedynie atmosfera nocy muzeów może się mierzyć z tym, co tu się dzieje.

Nie ma sensu, żebym opisywał, co się działo – zaintereesowanych odsyłam na http://www.uitfeest.nl (strona po niderlandzku). Ja sam zajrzałem na chwilę do Muzeum Kolei, a potem kręciłem się po mieście. Posłuchałem grup tańcząco-spiewających na estradzie ustawionej pod katedrą, wpadłem do Instytutu Cervantesą, gdzie częstowali sangrią, a potem włóczyłem się wzdłuż kanałów, gdzie porozstawiały się kapele, szkoła salsy, samby czy jakaś knajpa wystawiła stolik degustacyjny. W końcu wybrałem Centraal Museum (to miesjce zasługuje na osobny wpis, który już zapowiadam).

Później poszedłem na koncert muzyki sakralnej, który odbywał się w surowym protestanckim kościele, którego wyposażenie stanowiło niewiele więcej oprócz ustawionych w gablotach bezgłowych posągów świętych – ponure wspomnienie burzliwej w tych stronach reformacji. Ku mojemu zaskoczeniu, i odkryłem to dopiero po dłuższej chwili, źle przeczytałem ogłoszenie i koncert okazał się… mszą z udziałem profesjonalnego chóru. Wprawdzie wydało mi się dziwne, że ludzie siedzą bokiem to śpiewających, ale, sądząc po ich wyluzowaniu, nie zagłebiali się w tym momencie w ponurych zakamarkach swojej protestanckiej duszy. Nagle chór przestał śpiewać, wstała jakaś kobieta i zaczęła głosić kazanie. Poczułem się dziwnie nie na miejscu, ale to uczucie nie miało nic wspólnego ze świadomością zakłócania świętego i obcego mi odwiecznego rytuału, jakiego doznawałem wchodząc przypadkiem na mszę prawosławną gdzieś na wschodzie. Świadomość bycia nie na miejscu przypominała raczej tę, kiedy wchodzi się do urzędniczego pokoju, a siedzące tam panie akurat jedzą kanapkę… Kulturowo naznaczony kontreformacją, nie do końca zatartym jeszcze wspomnieniem przedsoborowego Rzymu, szybko stamtąd uciekłem nie mogąc znieść nowoczesnej sterylności tej ześwieczconej religii. Ponownie wpadłem w tłum bawiący się niczym postacie z obrazów Breughla.

Dodaj komentarz