wrzesień 30, 2007...12:49 przed południem
O zaletach kredensu cz. 2
W tej części Europy panuje, na pozór dosyć oczywiste, przekonanie, że instytucja jest zawsze trwalsza od człowieka. Przez wieki Holendrzy wypracowali sobie w miarę skuteczną instytucję rozwiązywania kwestii spornych zwaną poldermodel (od polderu) czy też overleg, w której generalnie chodzi o to, żeby móc powiedzieć “wszystkie zegarki pokazują tę samą godzinę” (de klokken zijn gelijk gezet). Overleg, (”wspólne konsultacje” czy też “narada”) to powolny proces wypracowywania konsensusu, w ramach którego każdy ma możliwość zabrać głos. W toku nieskończenie długich debat podejmuje się próby wypracowania wspólnego stanowiska w przekonaniu, że na dłuższą metę usprawnia to wspólne działanie.
Jak Polak Holendra przegonił…
Jadąc w niedzielne popołudnie wzdłuż kanału, mija się świetnie zadbane groble i trawniki. Przejeżdża się wzdłuż domów, wewnątrz których dostrzec można - bo Holendrzy nie używają zasłon - fortepiany z rozłożonymi nutami i kilkusetletnie kredensy. Przed domami zaś, na ławkach i w kawiarniach, odpoczywają ludzie zadowoleni z dobrego wykonywania pracy przez ostatni tydzień (poziom usług i produktów jest rzeczywiście na wysokim poziomie, tak jakby niechlujstwo było grzechem - jeden z dowodów na to, że kapitalizm jest zeświecczoną religią) i cieszą się gezelligheid.
Słowo to do pewnego stopnia odpowiada niemieckiemu “Gemütlichkeit”, ale oprócz przytulności oznacza również grupę ludzi, którzy wspólnie i szczęśliwie spędzają ze sobą czas. Najczęściej przybiera to formę grupowego pływania po kanałach. Ich łodzie to jeden z wielu przykładów holenderskiej oszczędności i niechęć do ostentacji. Używają głównie kilkudziesięcioletnich, często drewnianych, konstrukcji- świetnie utrzymanych, ale noszących ślady długotrwałego użycia i bynajmniej nie oślepiających blaskiem lakieru (zupełne przeciwieństwo naszych oceanicznych bolidów, które przepłyną w 5 minut cały szlak Wielkich Jezior Mazurskich i nie zdążą się nawet dobrze rozpędzić). Zasada “jeśli coś działa, to po co to zmieniać” objawia się naprawdę na każdym kroku, chociażby w przypadku samochodów, które w wielu przypadkach pamiętają lata 80. Dlatego też taką sensację i krytykę (o czym doniosły nasze gazety) w Holandii wywołali polscy imigranci, którzy pierwsze pieniądze zarobione opieką nad dziećmi i remontami wydali na nowiutkie samochody.
Patrząc więc w takie niedzielne popołudnie na wszystkie te korzyści płynące z ciągłości kulturowej łatwo dojść do, jakże kontrowersyjnego, wniosku, że byt jest dobry. Cóż, na pewno dobry jest dobrobyt. Bardzo dużo wysiłku wkładam w to, żeby się tym wszystkim nie zachwycać. Że tak czysto, kulturalnie, że instytucje i że wszystko działa. Że normalnie jest. Jedyne jednak, co mi przychodzi do głowy na nasz plus, to że jesteśmy obdarzeni większa świadomością - świadomością historyczną (ale korzyści z tego żadnych). Pochodzimy z tej części Europy, w której za każdym razem, kiedy chłopak bierze dziewczynę w kawiarni za rękę, to wpadają do niej jacyś żołnierze (jak to ujął Istvan Szabo na zeszłorocznym spotkaniu ze studentami w Łodzi). Wprawdzie nasze pokolenie nie doświadczyło żadnego wstrząsu, ale jesteśmy pierwsi i wystarczającą ich ilość nosimy w naszym kulturowym plecaku - jesteśmy kulturowo wyposażeni w Historię.
Trupy trzymają
“Trupy trzymają” zauważyła Maria Janion. I jeśli nie chcemy stracić naszej tożsamości, nie chcemy stać się tanią imitacją Zachodu to musimy iść do niego “z naszymi umarłymi”. Uczestniczyłem ostatnio w spotkaniu kilku holenderskich magistrantek gender studies (podkreślam to nie po to, żeby podważyć doniosłość badań nad płcią kulturową i wykluczeniem, ale - pewną formę bezrefleksyjnego popkrytycyzmu tego typu hermeneutyk podejrzeń) , które w pieleszach klubu dla profesorów zawzięcie atakowały społeczeństwo holenderskie. Nie podobało im się to, że nie ma w nim miejsca na sprzeciw. Ale nie dlatego, że krytycy są represjonowani, ale dlatego, że się ich wysłuchuje (overleg!) i próbuje włączyć w system istniejących instytucji.
Miłosz: Czym różni się inteligent zachodnioeuropejski od wschodnioeuropejskiego? Tym, że ten pierwszy nigdy nie dostał porządnie w dupę. Dla Holandii II w.ś. trwała jeden dzień i ograniczyła się do zbombardowania Rotterdamu (polecam ciekawy film montażowy na Netherlands Online Film Festival), po którym skapitulowała. Ich jedyną (co nie znaczy że błahą) traumą jest obojętność Holendrów wobec eksterminacji Żydów. O taką mniej więcej sprawę tu chodzi - gdyby gender-studentki pochodziły z Europy Wschodniej, świata, gdzie instytucja nie jest w stanie przeżyć jednego pokolenia, nie krytykowałyby, a przynajmniej nie powinny krytykować, tak łatwo systemu stabilnych instytucji. (Ale to moje stwierdzenie nie oznacza, że nie doceniam roli błyskotliwego ujawniania pozorności istniejącego ładu - swojskimi słowy: tępienia filistra - jak to w przypadku Holandii robili na przykład provosi). Naszym wkładem do Europy i jednocześnie sposobem na zachowanie tożsamości może być właśnie ta odpowiednio przepracowana świadomość. Niestety prezentujemy w większości raczej sposób myślenia właściwy byłej kolonii. Polskie skolonizowane umysły, zamiast wypracować własne wzorce i idee, bezrefleksyjnie próbują dostosować się do tych obowiązujących na Zachodzie. Często prowadzi do do równie groteskowych efektów jak nasze osiemnastowieczne przykrywanie sarmackich kołtunów francuskimi perukami.
Umysły skolonizowane
Czy chodzi o samochody, czy o idee, chcemy modernizować się w przyspieszonym tempie przeskakując wszystkie etapy pośrednie (a podobno frak leży dobrze dopiero w trzecim pokoleniu). Dobrze to wyraziła znajoma Polka - łodzianka osiadła w Rzymie, gdzie studiuje filologię angielską i skąd przyjechała tu na stypendium. Stwierdziła, że w Polsce wszystko jest takie przerysowane: nagle wszyscy są albo wojująco-katoliccy, albo wojująco-queerowi jakby nagle cała młodzież odkryła w sobie represjonowany homoseksualizm. Polka-rzymianka się wkurzyła i powiedziała, że do Polski wraca tylko na święta z uwagi na rodziców. Rozpoznanie rozumiem, z kuracją się nie zgadzam. Nie wiem, kto mnie bardziej wkurza, ci, którzy chcą być bardziej katoliccy od papieża, czy ci, którzy chcą być bardziej klubowi od londyńczyków. Z tymi drugimi mam więcej do czynienia, więc może dlatego jednak irytują mnie bardziej. I naprawdę nie jest ważne, czy kierują się zmęczeniem całym tym syfem, jaki dookoła (jak deklarują) czy podświadomym kompleksem wobec świata (jak można się domyślać). Postawę, która mnie tak wkurza u wielu moich rówieśnych zaprezentowała w swoim niedawnym artykule w “Dzienniku” naczelna miesięcznika Aktivist: chodzi o to, żeby w końcu było normalnie, żeby zostawić ich w spokoju i pozwolić otwierać nowe kluby (a didżejów - co czuła się w obowiązku podkreślić - mamy na światowym poziomie). Mniejsza o to, że zapomniała, że słowo “normalnie” to jedno z najbardziej podejrzanych pojęć, a w tym przypadku oznacza ona zglobalizowaną popkulturę podporządkowaną interesom korporacji medialnych. Problem w tym, że taka ucieczka z zaścianka i parafii (polecam wywiad Michalskiego z M. Środą) w ramiona taniego kosmopolityzmu oznacza dobrowolną rezygnację z własnej odrębności i podmiotowości . Dużo sensowniejsza jest propozycja młodej polskiej lewicy, która robi wiele dobrego dla ożywienia naszego myślowego bajorka. Ale już na poziomie młodych bojówek wszystko sprowadza się do obyczajowej walki z mieszczuchem. A powtórzę pour épater le bourgeoi trzeba go najpierw mieć, a ci, z kim walczą “kolorowi i tolerancyjni” to nie filistrzy, ale jakieś zdziczałe-nie-wiadomo-co. Kiedy problemem jest, że u nas faceci masowo leją żony, wówczas kwestia “niedoreprezentowania” którejś z mniejszości naprawdę wydaje się tematem drugorzędnym.
Żyjemy w kraju, w którym wszystkie trawniki zadeptali żołnierze rąbiący na opał nasze kredensy i fortepiany. Nie ma więc co śmiać się ze starego kredensu w salonie (ani z roli prawa i stabilnych instytucji). Gombrowicz powiedział kiedyś Miłoszowi (o czym wspomina ten ostatni): ty to powinieneś siedzieć w bujanym fotelu na ganku swojego dworu i zastanawiać się, czy aniela zrobi dziś kluski z jabłkami, czy z truskawkami. Ale wyszło tak, że zamiast tego musiał toczyć bój z Polską i historią. Niestety (na szczęście) dzisiaj też złudzenie normalności w zaciszu klubu (albo za granicą) jest tylko ucieczką. Ale jeśli nie to, to pozostaje rozwalić sobie głowę o, nie tak wcale niewidzialną, ścianę zaścianka. Generalnie przechlapane.
—————————————————————————————-
Może ktoś chciałby się wypowiedzieć? Zachęcam i zapraszam (jak i do nowego pokazu slajdów ze zdjęciami z wycieczki wzdłuż kanału).
.
.
.
.
.
.
.

Napisz odpowiedź