Nie jeździć na rowerze bez szalika. A przynajmniej po 1 października. Bo jak się jeździ, to ma się potem kaszel i nie można spać, przynajmniej ja. Nie mogąc spać, obejrzałem Jak być kochaną Hasa z 1963 r. (scenariusz Kazimerza Brandysa), co było dobrym pomysłem, bo o 5 rano nie musiałem nikomu z zagranicy tłumaczyć, o czym to jest. A film jest, jak sam tytuł wskazuje, o Historii.

Początkująca aktorka (Krafftówna) dostaje swoją pierwszą szekspirowską rolę, ale zaraz przed premierą wybucha wojna. Zakochuje się w słynnym aktorze (Cybulski), który zostaje oskarżony (przypadkowo) o zabójstwo volksdeutsca i musi się ukrywać. Więc ona się poświęca: chowa go przez pięć lat w swoim mieszkaniu, daje się zgwałcić, gra w niemieckim teatrze, żeby dostać ausweiss za co potem zostaje pozbawiona prawa wykonywania zawodu przez sąd koleżeński. A on odgrywa, jak to na aktora przystałom cały czas rolę ofiary i maltretuje ją psychicznie. A po wojnie puszcza w trąbę. On pije i się puszcza, a potem popełnia samobójstwo. Ona pije i nie może o nim zapomnieć; i o wojnie. Już bardziej toksycznie być nie może.
Film nieco się zestarzał. Trochę irytuje podręcznikową wręcz poprawnością retrospekcji i nadmierną literackością (rzekoma zaleta Szkoły Polskiej). Ale jest naprawdę przejmujący, a aktorsko to nawet perfekcyjny. Zachwyca zwłaszcza jedna z końcowych scen w barze, kiedy spici goście śpiewają patriotyczne piosenki a główny bohater podrywa lokalną kurwę (Jędrusik) na wyssaną z palca historię o swoich wyczynach wojennych (co przy okazji bierze w cudzysłów filmowy wizerunek Cybulskiego) – to jeden z lepszych kawałków polskiego kina. Filmowe “teraz” znajduje się w kabinie samolotu, którym bohaterka leci do Paryża i wspomina wojnę, a świadomość tych wspomnień oddziela ją ścianą doświadczenia od pogrążonych w trywialności współpasażerów. Nawiązuje kontakt jedynie z siedzącym obok mężczyzną, Polakiem mieszkającym USA, byłym lotnikiem RAFu a obecnie wybitnym naukowcem. Okazuje się jednak niezdolna do filirtu, oddziela się od niego, bo ten, mimo że pamięta wojnę, to przeżył ją całą “w powietrzu” a nie “tam”, w Polsce. Ten lot jest jednak jej psychoanalizą. Odrywając się od ziemi rozpoczyna przemianę, a demony przeszłości opuszczają ją wraz z lądowaniem. Ale świadomość pozostaje: lądując w Paryżu wypowiada w myślach wiersz zaczynający się od słów “w tym świecie nasza krew jest przestrzenią jedyną”. Jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało, to skonstruowane jest zręcznie i naprawdę porusza, szczególnie jeśli ktoś intensywnie kombinuje co nas odróżnia od Zachodu.
Film Hasa jakoś zbiegł mi się z całkiem dowcipnym wywiadem ze Stasiukiem na okoliczność ksiązki “Dojczland”. Stasiuk mówi tam na przykład o Polsce jako o “Głupim Jasiu”:
Niemiecko-rosyjskie sąsiedztwo dałoby się wówczas potraktować jako dar z niebios, który zmusza cię cały czas do ciężkiej mentalnej pracy. Nie możesz, jak obywatel księstwa Luksemburg, żyć w słodkiej nicości, ale cały czas kombinujesz nad sobą, nad rzeczywistością, czyli, w gruncie rzeczy, jesteś pełnym człowiekiem. Takim, który pyta Stwórcę: po co mnie stworzyłeś? Za to właśnie Polskę kocham i nigdy sobie nie wyobrażałem, że mógłbym żyć gdzie indziej. Być może to sąsiedztwo jest właśnie takim wiecznym wyzwaniem, wieczną odpowiedzią na pytanie, dlaczego Polak jest Polakiem, a nie kimś innym? Należy mu się przecież, żeby czasami być kimś innym i tak się strasznie nie męczyć, ale jednocześnie ciągle tym Polakiem pozostać. Poza tym Głupi Jaś to jest taki jurodiwy i pozwala oglądać rzeczy pozornie oczywiste w zupełnie nowym świetle.
Jednak Stasiuk to jest też trochę bajerant, który ma talent do przerabiania trywialnych doświadczeń w zajmujące zdania (czy po prostu: ma talent literacki). Co też nagminnie czyni jeśli chodzi o Wschód i Południe, które w jego opisach stają się niezwykle romantyczne w swojej przaśnej trywialności. A Zachodu – jak deklaruje – nie lubi:
Jakoś mnie tam nie ciągnie, to jest może kwestia temperamentu. Jedni lubią kwiatki, a inni, jak im skarpetki śmierdzą – jak mówili moi koledzy w więzieniu. Owszem, pojechałem na przykład do Toskanii na dwa tygodnie. Było tam tak pięknie i wszystko było takie stare i historyczne, że mnie się pod koniec chciało już rzygać od tego całego piękna, od tej archetypicznej europejskiej, śródziemnomorskiej harmonii.
Woli zadupie Europy i charakterystyczny dla niego burdel, wychudzone psy walczące z dziećmi o jedzenie i krowy pasące się w śmietniku. Ja czasami też to wolę zamiast wypolerowanych zachodnioeuropejskich chodników. Chociaż np. z Rumunii miałem zupełnie inne wrażenia. Jadąc “drogą do Babadag”, powiedzmy w okolicach Gura Humorului, szukałem raczej śladów raju utraconego – C.K. Środkowej Europy. Mitycznego czasu, kiedy należeliśmy do Europy, ale po swojemu, kiedy Stanisław Vincenz mógł mieszkać wśród swoich ukochanych Hucułów i jednocześnie pisać eseje o “Odysei”, a Noica nie uważał Sybinu za prowincjonalny, kiedy we Lwowie czy Oradei budowano pasaże, a nawet na największym zadupiu była świetna wiedeńska kawiarnia. Oczywiście to nie do końca prawda, a krowy zawsze były obsrane, ale mit (dużo fajniejszy niż np. “każdy Polak to katolik-męczennik”) pozostał. A nam pozostaje teraz wieczne bycie nie na miejscu “na wschód od zachodu i na zachód od wschodu” jak to ujął Gombrowicz…
Przy okazji olecam galerię Wiktora i Agaty, w której gościnnie znalazło się kilka moich zdjęć: http://www.ukoryta.ukryta.pl/str/rumunia/galeriarum.html
.
.
.
.
.
.
.

1 komentarz
listopad 15, 2007 o 1:13 pm
wtf is going on here?
czemu blogasek milczy, a?